Stałam w ogrodzie, smakując zapach lawendy. Obok, przepiękne drzewo oliwne schylało się w moją stronę, próbując dotknąć moje włosy swoimi delikatnymi, liściastymi opuszkami. Wiatr poruszał nim delikatnie… subtelnie… szumiąc słowa otuchy wprot do mojego ucha. Pokochałam je.

W zeszłym roku, kiedy wprowadziłam się do tego starego, wiejskiego, hiszpańskiego domu, drzewo cierpiało. Patrzyłam na nie, pamiętam, ze smutkiem. Podeszłam do niego, dotykając nieśmiało jego kory…

Przyjrzałam się mu, małym zasuszonym listkom, gałęziom, w których mieszkała samotność. Listki poruszyły się na wietrze- szemrały nerwowo między sobą, mówiąc sobie zapewne, z nutką nadziei- zobaczcie, zobaczcie! Nie jesteśmy już same!

W tym roku, srebrne drzewo wyrodziło. Na każdej gałązce dumne i radosne podskakiwały dorodne, zielone oliwki. Miłość przyniosła owoce. Przez cały rok podlewałam je nadzieją, spokojem i zaopiekowaniem.

Dziś drzewo mówiło do mnie. O dniach pełnych słońca. O ciepłych wieczorach, w których cykady odwiedzały je, nucąc swoje intrygujące, śpiewne ballady.       I o mnie, która przyszłam pewnego dnia, i zakochałam się w nim ze wzajemnością. Opowiadało mi o moich nadziejach, i o moich troskach. Patrzyło na moją radość, moje zachłyśnięcie się naturą, tak bujną wokół. Przypomniało mi, jak z początku bałam się pająków, strażników starego domu. Codziennie wynosiłam po kilka- ostrożnie, łapiąc je w szklankę. Zasiedliłam nimi cały ogród. Drzewo śmiało się ze mnie za każdym razem, widząc jak z lekkim strachem przenoszę je pod pobliskie drzewa cytrynowe. Opowiedziało mi o ptakach, które na piętrze, w oknie łazienki, kłóciły się między sobą, szamocząc się i budząc mnie co rano- jak można spać, kiedy słońce wstaje, a cykady wychodzą na gody poranne, śpiewając o miłości? Wstawaj!

Mówiło o pszczołach, z ulgą witających przeogromną miskę z wodą, którą dla nich przygotowałam. Uśmiechnęłam się na tę myśl. – Czy pamiętasz- szeptało drzewo- jak w maju, kiedy sprowadziłaś się do nas, dom mówił do Ciebie? Hałasował, trzeszczał, a po podłodze u góry meble przesuwały się same, okna otwierały i zamykały, stukały okiennice, kiedy siedziałaś na dole.

Pamiętam dobrze. Zatrzymywałam się wtedy, zamykałam oczy, i odpowiadałam mu uspokajająco na jego ciągnącą się latami, eskalującą, ale też pełną rezygnacji rozpacz- widzę Cię. Już jestem. Nie jesteś sam. Zaopiekuję.

Po miesiącu dom przestał mówić do mnie, przysnął z ulgą, bezpieczny, troską otoczony. Od tamtej pory żyliśmy w symbiozie, ciszy, i wspólnym odpoczynku. Mury odetchnęły z ulgą, a tata Antonio, który od kilku lat zajmował fotel w pokoju u góry, odszedł łagodnie w inne przestrzenie. Usłyszałam jego prośby, odpowiedziałam na nie. Czasem czułam go także u góry w łazience. On też cierpiał samotność swoją, i troskę o dom. Kiedyś powiedział mi, że żałuje, że go nie było. Dla synów. Dla rodziny. Wszystkie dusze i te części dusz, których sprawy niedkończone, emocje i przyzwyczajenia trzymały wśród prógów tego domu, opuściły ziemską przestrzeń. Rozmawiałam z nimi czasem.

Drzewo uśmiechało się do mnie. Czy pamiętasz pierwsze, zimne noce, kiedy skostniałymi palcami trzymałaś kubek kawy, a poranna jajecznica, zimna w kilka minut, ledwo nadawała się do jedzenia? -Pamiętam, odpowiadam wzdychając.- a pamiętasz jak w te zimne, wilgotne dni i noce, ogród pełen był szmerów, szelestów, szyby w oknach trzęsły się, wiatr hulał między nieszczelnymi oknami, dziurami w drzwiach od tarasu, na progach, w kątach, i mierzwił Ci włosy listopadowym chłodem? Jak siadałaś wtedy opatulona w koce, i nad kubkiem herbaty tęskniłaś za ciepłem, marząc, żeby nie marzł Ci nos? I wtedy czasami wróble przysiadały na parpecie, podskakując, mierzwiąc piórka, i patrząc zalotnie. To byłem ja- drzewo mruga do mnie- dawałem Ci znać, że jestem i wspieram Cię tak samo jak Ty mnie.

Podeszłam do drzewa i przytuliłam je. Ukochałam je, w dół, w jego korzenie, i w górę po ostatnie, srebrne listki iskrzące się w porannym słońcu. I wtedy poczułam całą jego miłość, i lekkość, jak pięknym, subtlenym, kojącym chłodem, migocząc w zieleniach i srebrze spływa do mojego serca, do splotu słonecznego, po czym delikatnie wypełnia każdą cząstkę mnie.

Ostatnie dni, siadam pod nim każdego rana, dotykam pnia, bawię się listkami, pozwalam im łaskotać mnie po twarzy, a w jego gałęziach wieszam dzwonki Koshi, które łagodną melodią roznoszą moje podziękowanie pomiędzy liście, dając opiekę i ukojenie. Wiemy oboje, że czas pożegnania nadszedł.

Będę Cię pamiętać zawsze, przepiękne drzewo.

A kiedy w przyszłości zasadzę swoje, w swoim własnym, wymarzonym ogrodzie, wiem, że Ty też to będziesz wiedzieć, kochane, i będziesz cieszyć się ze mną z mojego ogrodu, z mojego domu, i mojego szczęścia i spełnienia, gdyż czas i przestrzeń nie mają znaczenia, a nas łączą, i zawsze będą łączyć złociste, subtelne niteczki, utkane z tego samego, pełnego miłości źródła.