Obudził się, oko otworzył jedno. Drugie krnąbrne. Nie chciało.
Przeciągnął się. Oczy przetarł, włosy zdyscyplinował, palcami przeczesał je.
Czy w śnie, kiedy to z boku na bok się przewracał, czy widział coś, czy z kimś się witał?
Zamknął oczy, starał się przypomnieć sobie swoje senne marzenie.
Ulotna sylwetka, rąbek sukienki, lekki obcas echem gdzieś w oddali.
Już, już prawie ją miał.
Na telefonie zegar wskazywał 7 rano.
Gdzieniegdzie w głębi akwarium ryb gąszcze z prawej na lewą, i z lewej na prawą, wystudiowaną miną z odmętów wyłaniały się raz po raz, subtelnie manipulując.
Spojrzał na nie przyjaźnie, lecz pobłażliwie.
Stado wielopokoleniowe, jego własna, nikogo innego, kolorowa progenitura.
Gdzieś z lewej, nieśmiało, w oczekiwaniu, dwadzieścia czarnych stereo prosiło się o uwagę.
Niedługo, niedługo, pomyślał.
Przewrócił się na drugi bok. Kocem owinął. Za oknem błysk, grzmot raptem, taka poranna, atmosferyczna awantura, wzywa i woła na zewnątrz i sprzeciwu nie znosi.
Lecz cisza tu, i błogo, i ciepłym blaskiem akwarium, i miłym szumem dla jego uszu.
Tuż niedaleko w sennym jeszcze oczekiwaniu jego telefon mrugnął porozumiewawczo, taktownie, lecz lekko aluzyjnie.
Na telefonie Aga.
Przeciągnął się raz jeszcze, spojrzał na swoją dłoń, rękę wyciągnął i chwycił chwilę, i zatrzymał czas. Wyszedł z łóżka, czasu nie puścił, trzymając go w uścisku żelaznym powolnym krokiem zbliżył się do pudła, które na środku podłogi w dużym pokoju przeszłością lśniło nieznacznie, jednocześnie przyszłość obiecując, kusząc i kokietując. W samym jego środku chwil kilka temu, a może i kilka dni temu cudem znaleziony Roberto Cavalli uśmiechał się krzywo, gdyż coś krzywego w nim było- wskazówka, czy liczba, nie wiem, gdyż nie dopytałam.
Przystanął, podniósł zegarek, założył, uwolnił czas z dłoni.
Na dworze grzmotnęło.
Czas przysiadł mu na ramieniu i obserwował.
Dwadzieścia czarnych stereo westchnęło krytycznie zza sypialnianych drzwi.
Z wyrzutem zerknął na nie, niedługo, niedługo, pomyślał.
Roberto Cavalli spojrzał na niego badawczo, acz sugestywnie.
Więc zegarek nastawił. Czas ziewnął, i zniknął gdzieś na czas jakiś między jego cyframi.
Sposobem tym, z ramion swych zrzucił troski wszystkie i wątpliwości, przykazy i zarządzenia, wewnętrzne argumenty i ponaglenia, niecne nakazy i dyspozycje, pretensje i wszystkich ich męczące scysje- dopóki czasu nie ma, nie przyjdą mu do głowy.
Lawirując pomiędzy pudłami, które plątały się tu i tam, pełne guzików, dowodów, przedłużaczy, ładowarek, bateryjek, świstków, korespondencji, rachunków i projektów z życia tego, bądź przeszłych wcieleń- dotarł z powrotem do swojej alkowy, gdzie zaraz obok łóżka spoczywał telefon, zaznaczając się w porannej, sypialnianej przestrzeni wielkim A.
A jak Aga, oczywiście.
Dwadzieścia czarnych stereo jęknęło płaczliwie i niecierpliwie, pytając dlaczego, ale to dlaczego nie przychodzimy Ci dzisiaj do głowy?
Dlatego, że jestem nieSTEREOtypowy- odparł.
Przysiadł na łóżku, wziął telefon do ręki, na akwarium zerknął.
W akwarium kolorowa ławica zbiła się w płetwę jedną, kolektywną, i kurtuazyjnie płetwą tą wskazała na ekspres do kawy, brew jedną unosząc w niemym, rybim zapytaniu.
Uśmiechnął się, głową pokiwał, wskoczył w pościel, oczy zamknął.
Przyłożył zegarek do ucha, upewniając się, że nadal stoi.
Cichym szelestem gdzieś na granicy jawy i wyobraźni usiadłam na łóżku, mgliście nieobecna, po czym do ucha szepnęłam- no już, słuchaj, czasu masz do woli.
Do drugiego ucha przyłożył więc telefon, w półsen lekki wpadł, nie zauważając, jak włosy moje obok na poduszce nieznacznie osiadły, i zapachniały, a na dworze znowu padał deszcz.