Skrawek nieba, na nim przysiadło kilka chmur, w bezruchu tkwią. W rogu wizji fragment wieży z katedry, na niej rybitwa, może ta sama co zawsze. Siedzi i obserwuje.

Powoli odzyskuję wzrok, zmętniałam trochę podczas snu.

Odchylam firankę, za katedrą ciemna chmura obwieszcza rychły deszcz.

W oddali zamek Barbary pochyla się nad moim losem- wiem, miałam wstać o świcie.

Znów mi nie wyszło.

Przeciągam się, jest mi dobrze i ciepło, w śnie pożądałam.

Gdzieś pod sercem czuję nadal dotyk męskiej dłoni. Wibruje lekko. Trzyma serce uściskiem nie znoszącym sprzeciwu. Zaciska na nim lekko palce. To boli trochę. Z serca wypływa cienka niteczka smutku. Zanim zdążę ją poczuć, palce rozluźniają się, ale tylko na chwilę, by dać sercu złapać oddech, wytoczyć z krwią melancholię. Znów zaciskają się delikatnie, wzdycham. Zamykam oczy, łapię ostatnie wątłe miraże jego ciała, wdycham subtelną woń jego skóry, która krąży lekko w przestrzeni wokół. Palce rozluźniają się, biorę oddech, nie odchodź jeszcze, myślę, ale za późno. Dłoń znika.

Zanim moje samotne znów serce odnajdzie swój rytm, ostatni lekki dreszcz pomiędzy moimi udami przypomni mi o dotyku jego drugiej dłoni.

Spoglądam na telefon. Dochodzi 10:00.

Niewiarygodne, myślę, choć tak naprawdę nie dziwię się.

Wzdycham, wrzucę się pod prysznic. W drodze do łazienki towarzyszą mi dwaj desperaci, moje koty, zrozpaczeni późniejszą godziną śniadania. Włóczymy się chwilę po krużgankach, tu i tam, w górę i w dół po schodach, zakręcam znów do sypialni, co to ja miałam wziąć..nie pamiętam. Plączemy się między nogami, one i ja. Trzy miauczące cienie.

Wychodzę na taras, wdycham oktawy zapachu, słucham szmeru miasta, obserwuję ciemne szyby biurowca naprzeciw, ktoś mi się przygląda, tak czuję.

Patrzymy na siebie już dziesięć lat, ja i on. Biurowiec.

Ostatecznie dobudzam się do końca, karmię koty, wrzucam muzykę tła.

Piję herbatę kontemplując.

Za chwilę rzucę okiem na cyberprzestrzeń, i wszystkie zawieszone w niej prośby, tęsknoty i anegdoty moich wirtualnych i niewirtualnych towarzyszy, chwilowych, permanentnych, znanych bardziej lub mniej.

Sprawdzam maile. Bank.

Szybko pędzę pod prysznic, prawie tracąc życie na gumowej piłce Kiciusia.

Wysuszyć włosy, zrobić oko, wrzucić sukienkę, bez perfum nie wyjdę, więc wracam się do łazienki. Ostatnie spojrzenie w lustro, torebka, klucze, wypadam do windy, w windzie dokonuje się część finalna rytuału- maluję usta, poprawiam włosy, układam rzeczy w torebce.

Staram się utrzymać na wodzy wodospad myśli, który zalewa mnie od rana kaskadami pragnień niespełnionych. Winda zatrzymuje się, patrzę w lustro. Zamykam oczy, wracam w swój sen.

Biorę ręce za szyję, podnoszę włosy, po czym pozwalam im opaść na plecy i ramiona – w nich ukochany Hermes miesza się z zapachem jego skóry, wdycham go.

Zabieram go w swoich włosach do banku.

Na zewnątrz też wilgotno.

Patrzę w górę, krople deszczu opadają mi na policzki.

Wychodzę na ulicę, ostrożnie stąpam omijając kałuże. Z prawej i lewej mijają mnie szare persony w parasolach. Czuję lekki chłód, każdy powiew powietrza na skórze przypomina mi jego dotyk ze snu. Odczuwam, delektuję się. Dostaję gęsiej skórki. Przede mną nagle wyrasta drewniana ławka, zderzam się z nią, uśmiecham, nade mną niebo decyduje, że zimny prysznic to jest dokładnie to, czego potrzebuję, by wrócić do bardziej poskromionej wersji siebie.

Zupełnie mokra wbiegam do banku, łapię oddech, rozglądam się wokół.

Jakiś monotonny głos po prawej informuje mnie, że parasol należy odstawić za drzwiami.

Przecież nie mam parasola- odpowiadam, wzdycham, i zajmuję swoje miejsce między dwoma staruszkami po lewej.

Czas zatem otworzyć oczy i zderzyć się z rzeczywistością.

Jestem więc, tu i teraz.

Miła staruszka z prawej nachyla się nade mną uprzejmie, droga pani, czy to pani pieniążek?

Spoglądam, pod stopami leży euro. Zamyślam się. Ciekawy znak. Schylam się by podnieść, w tej samej chwili drzwi banku otwierają się. Chwytam monetę w dłoń, nie zwracając uwagi.

Parasol proszę postawić za drzwiami.

Przecież nie mam parasola!

Zamieram. Głos męski, wibrujący, lekko rozbawiony, lecz z pretensją także. Interesujący.

Moneta wypada mi z dłoni, toczy się i zatrzymuje metr przede mną.

Wzdycham, już mam się podnosić, kiedy on właśnie siada na krześle naprzeciwko.

Podnoszę głowę, napotykam jego wzrok, wracam powoli na miejsce, próbując ogarnąć burzę hormonów, która w sekundę powołana do życia, przejęła główne dowodzenie nad każdą tkanką w moim ciele, z mózgiem na czele. Czuję, że straciłam kontrolę, więc jedyne co udaje mi się zrobić, to usiąść powoli z powrotem, zapominając zupełnie o pieniążku, zdezorientowanej staruszce po prawej, która mówi coś do mnie lekko napuszona, żądając wyjaśnień, bo właściwie to ta moneta to ona chyba jej wypadła z kieszeni, tak, to na pewno jej, czy może pani ją jednak podnieść?

Ta pozostała część mnie, która aktualnie nie próbuje ogarnąć chemii mojego ciała i uspokoić eksplodujących tu i tam hormonów, odpowiada staruszce, że tak oczywiście, proszę bardzo.

Lecz zanim moje usidlone bystrym spojrzeniem ciało zareaguje na prośbę staruszki, on, nie spuszczając ze mnie wzroku, podnosi się powoli, chwyta monetę, po czym uśmiechając się nieznacznie, podaje ją staruszce, przelotnie dotykając dłonią mojego kolana, i jakby nigdy nic, siada z powrotem.

Serce zamiera na chwilę, ktoś przesunął po sercu palcem.

Mimowolnie spinam uda, wewnątrz mnie delikatne eksplozje, coś wyradza się, coraz intensywniej, fala jednostajna, w śnie pobudzona, teraz wzrasta i przyspiesza, lecz tak harmonii daleka, przybiera nieregularnie, trochę cofa się, potem znów wzrasta. Zaciskam zęby, pozwalam żądzy tlić się, lecz nie rządzić.

Taka to taktyka, myślę. Spoglądam na niego z lekkim zainteresowaniem, udaję, że moje bardziej rozsądne ja uporało się jako tako z hormonalnym zamętem.

Lecz jestem sumą pasji, żądzy, słabości i temperamentu, ich poddaną, i królową jednocześnie.

Do kogo ostatnie zdanie należy, boginie moje, zdecydować się boję.

On otworzył portfel, szuka w nim czegoś, wykorzystuję moment, aby się przyjrzeć.

Ciekawy, charakterystyczny. Emanujący jakąś siłą wewnętrzną. Szeroki w ramionach. Spoglądam na jego dłonie, przypominają dłonie z mojego snu. To właśnie w dłoniach esencja męskości, i w sposobie poruszania. Ojej, niestety, ma piękne dłonie.

Zawieszam na nich oko na dłużej, wyobrażam sobie jak mnie dotyka, po prostu nie mogę się powstrzymać. Wyrzutów sumienia nie mam nic a nic, dopiero co śniłam piękny sen, i w jego aurze poniekąd nadal przebywam, nadal czuję zapach i dotyk ze snu, właściwie, można powiedzieć, że magiczną mocą swojej porannej żądzy zmaterializowałam przed sobą swój obiekt pożądania.

Wtedy znów łapię jego wzrok. Zauważył jak mu się przyglądałam. Ups… uśmiecham się lekko. Odwzajemnia uśmiech.

Czuję jak gdzieś pod lewą piersią zgrabne palce znów delikatnie dotykają mojego serca.

Wstrzymuję oddech, patrzymy na siebie, próbuję dojrzeć kolor jego oczu, ale nie jestem w stanie. Wpatruję się w ich głębię, lekko zahipnotyzowana, i wtedy właśnie on brutalnie odwraca wzrok, spogląda na swoje dokumenty, wyjmuje z kieszeni długopis, zakłada nogę na nogę i zaczyna wypełniać formularz.

Coś podobnego, myślę, obrażam się dyskretnie.

Zaglądam do torebki, w niej lekka wibracja oznajmia, że nadal istnieje świat rzeczywisty.

Odbieram telefon.

Matka dzwoni.

Rozmowa jest krótka, mój tekst standardowy- wysłów się szybko, bo jestem w banku.

Dobrze, zadzwoni później, wspaniale, myślę, wzdycham lekko poddenerwowana, chowam telefon w czeluście torebki, poprawiam się na krześle.

Lekki uścisk palców na moim sercu przypomina mi, że jednak nie jestem sama.

Zamieram nieznacznie, czuję, jak mi się przygląda.

Oj, oj, jak bardzo korci mnie, by spojrzeć.

Za oknem świat ciemnieje, deszczem smagane drzewa pochylają się w naszą stronę, zbłąkany ktoś otwiera drzwi, wiatr wpada do środka, i bezczelnie zrywa kilka kartek z tablicy ogłoszeń, po czym lżejszym powiewem podnosi kartki leżące na krześle naprzeciwko, a jedną z nich, podmuchem losu, zwiewa w moją stronę, po czym delikatnie układa ją tuż u moich stóp.

On spogląda na mnie.

Trwam wpatrzona w kartkę. Nie podniosę. Niech klęka przede mną, myślę bezwstydnie, przygryzam usta i biorę lekki wdech. Delikatnie kładę nogę na nogę, pozwalając sukience powoli opaść po udzie, odsłaniając opalone kolano.

On wstaje.

Siadam głębiej na krześle, zachęcając ruchem moich bioder. Przedłużeniem noga moja, w konsekwencji płynnie porusza kolanem, a stopa, chytrym uśmiechem zsuwa klapek na końcówki palców, z których największy nonszalancko wskazuje na kartkę.

Klapek spada, i ląduje wprost na sam środek.

Serce zaczyna mi bić jak szalone, z jednej strony nieśmiale wpatruję się w swoje dłonie, pozostałymi zmysłami notując każdy jego ruch, z drugiej strony bezceremonialnie liczę jego każdy niepewny krok, by w końcu podnieść wzrok i spojrzeć na niego wyniośle z tronu mojego, na którym zmysłowość moja i kokieteria współrządzą, gdzie w lekkim zachwycie wyradza się pożądanie, gdzie namiętność, skryta do tej pory, rozpina gorset swój, i dumnie, lecz też wyniośle, spojrzeniem moim wyzywa go, by klęknął, męskość swą ukorzył, honory oddał jej wysokości żądzy, pani jego i monarchini.

Wytrzymuję jego wzrok.

Oj, chwycił mnie, chwycił za serce mocno.

Lecz czy ta dłoń, która uściskiem żelaznym, czuję, serce me trzyma, czy to dłoń uległa?

Bo mimo, że serce me, tryumfalnie się jej wyrywa, to jednocześnie, co spazm, płochliwie chowa się w sobie, gdyż, któż by pomyślał- serce to nieraz melancholię smutnie przetoczyło przez goryczą i bólem dekorowane komnaty zamku swojego, nie raz w przedsionkach swoich nostalgię gościło.

Piękne oczy ma, hipnotyzują mnie, czuję, że władza ma ulotna, że i żądza, i namiętność, choć wyrachowane, przystanęły lekko zdziwione, cofnęły się pod ścianę komnaty, a ja, do okna wieży mojej podchodzę, i czuję jak serce moje, w jego dłoni uwięzione, a we włosach mam słońce, i choć wieża wysoka, to z zapartym tchem na krawędzi okna siadam, i wiem, że zaraz skoczę prosto w bezdeń jego oczu, i że nigdy tego nie pożałuję.

I gdy już prawie ulegam, och tak pokonana, doprawdy, ja i kobiecość moja, bogini chytra i podstępna, on wzrok spuszcza, czuję, jak serce uwalnia się na chwilę, oddech bierzemy, rześki powiew wolności po komnatach i przedsionkach naszych, choć między udami czuję usta jego- gorącym podmuchem powietrza, a fala znów wzbiera, i ogniem bucha.

Klęka, klapek mój podnosi.

Pochylam się, lecz uważam, by nie za bardzo, by korony swojej nie zgubić.

Czuję, jak serce, które rytm swój na chwilę odzyskało, znów palcami nękane, zaczyna wić się i wierzgać, gdyż spojrzał znów na mnie, kciukiem i palcem wskazującym serce docisnął, czuję, jak korona moja przechyla się nieznacznie, znów na krawędzi okna, w wieży mojej, przysiadam, i w błyszczące, zawiłe labirynty jego oczu wpatruję się, pokonana.

Pozwolisz, że pomogę? Pyta.

Swoją piękną dłonią dotyka mojej stopy, przesuwa palcem lekko po jej wgłębieniu, oddech biorę, na wieży mej, w oddali morze i sznur łabędzi, z cichego kąta mojej komnaty wychodzą żądza i namiętność, i obok mnie stają. Patrzymy w horyzont jego ciemnych, bezgwiezdnych źrenic, w których czerń męskości, bo tak, męskość jest mroczna, ale też żyzna i płodna zarazem, i w niej życie wibruje, a moje serce wibruje i drży razem ze mną, i wtedy on za piętę delikatnie mnie chwyta, wtedy moje smukłe nogi za krawędź okna wędrują, a moje niecne boginie- i żądza, i zmysłowość, i pasja, i zalotność, kokieteryjność i cielesność moja, siadają obok mnie.

Serce oddech bierze, zniewolone, gdy on delikatnie wsuwa klapek na moją stopę, po czym wstaje, uśmiecha się, i podaje mi rękę.

Ja i boginie moje, odwzajemniamy uścisk jego dłoni, szorstkiej, lecz czułej, emanującej ciepłem i bezpieczeństwem. A gdy źrenice jego w moje się wtapiają, on czuje każdą z mych bogiń, moją zmysłowość, powab i słodycz i dojrzałość moją, namiętność, oddanie i żądzę i zamiera pokonany, lecz korona moja, nagle w otchłań z mojej głowy spada, płonę, i zimno mi zarazem, z okna wieży za nią w dół spoglądam- on podbródek mój podnosi, delikatnie, lecz stanowczo, a czerń jego oczu nie ma końca, i w niej kobiecość moja odbija się jak w tafli lustra, i obok jego męskości dumnie staje, a w jego drugiej dłoni moje zmęczone serce nareszcie spokojnie oddycha.